czwartek, 4 kwietnia 2013

Tysięcy kobiet sen o koronie

   Cudze chwalicie, swego nie znacie - głosi stare porzekadło. Prawda to, szczególnie w odniesieniu do naszego stosunku względem innych krajów. W dodatku tak sobie myślę, że powiedzenie to można by nieco rozszerzyć. Wiecie dlaczego? Ponieważ my naprawdę kochamy wszystko i wszystkich. Warunek jest jednak jeden: musi być zachodnie.

   Tendencję tę postaram się dziś przełamać. W jaki sposób? Narzekaniem, naturalnie. Ostatni wpis na FESZYNEBYL opierał się na mojej dzikiej krytyce największego polskiego guru modowego w osobie Kasi Tusk. Dziś na tapetę biorę jej angielski... hm, odpowiednik.

   Powiem Wam czym mam problem. Chodzi o to, że zupełnie nie potrafię się ustosunkować do, trwającego nieprzerwanie od dłuższego czasu, szumu wokół księżnej Katarzyny.
   Wizerunek „Kate” (jak w dalszym ciągu bardzo lubią nazywać ją media - choć koniec końców uważam, że pisanie w ten sposób o członkini rodziny królewskiej, nawet jeśli rodzina ta niewiele mnie obchodzi, jest więcej niż trochę trochę niestosowne) oparto na postaci Kopciuszka - skromniutkiego, niewinnego dziewczęcia. Dopiero ślub spowodował tu przełom. Z dnia na dzień dziewczyna z sąsiedztwa stała się ikoną stylu, wzorem do naśladowania dla tysięcy Angielek. W sieci aż zahuczało od dzikiej podniety na temat niebanalnego gustu księżnej, przełamującej narzuconą klasykę kobiecą nowoczesnością (czy coś w tym stylu). Ona sama szybko stała się modowym głosem pokolenia

     I tu zaczyna się mój problem. Bo chociaż Katarzyna to rzeczywiście bardzo ładna kobieta (choć z zachwytami na temat jej urody również bym nie przesadzała), to w jej sposobie ubierania się nie widzę nic nadzwyczajnego. Owszem, w wielu kreacjach wygląda doprawdy rewelacyjnie, ale tak szczerze - która z nas nie wyglądałaby jak księżniczka w strojach za kilka, jeśli nie kilkanaście tysięcy?  


twylah.com

handbag.com

   Dodatkowo zadajmy sobie pytanie: dlaczego nie ogłoszono Panny Middleton ikoną zanim stanęła na ślubnym kobiercu? Przecież wtedy równie często pojawiała się w telewizji czy na łamach gazet. Była widywana znacznie częściej w rozmaitych sytuacjach, nie tylko tych oficjalnych, to i była okazja poznać jej styl z każdej strony. Pytania to z mojej strony  naturalnie retoryczne, bo odpowiedź oczywiście mam już gotową. Katarzyna jest ikoną dopiero teraz, bo dopiero teraz może sobie na to pozwolić. Dopiero teraz ma pod sobą szereg stylistów pilnujących, by nie popełniła żadnego ubraniowego grzechu. Dopiero teraz musiała też zamienić swoje wygodne, żółte szorty na zwiewną sukieneczkę, jak to dworska etykieta bezlitośnie nakazuje.
   Do 29 kwietnia 2011 roku Katarzyna była zwykłą Kaśką. Tak samo jak innym kobietom, jej też zdarzały się drobne lub większe wpadki. Czasami ubierała się wprost komicznie. Poniżej dokumentacja fotograficzna dla niedowiarków - na pewno zgadniecie, które zdjęcia zostały zrobione zwykłej Kaśce, a które księżnej Katarzynie...

glossandglam.com

   Wniosek z dzisiejszego wywodu jest moim zdaniem prosty: jeśli ikoną stylu jesteś w takim stopniu, w jakim cię wystylizują, ikoną stylu NIE JESTEŚ. No nie ma przebacz, kochana.

   Rozgłos, jakim może pochwalić się księżna, wznieca dodatkowo oczekiwanie na Royal Baby. Księżna sprawdziła się już w roli kochającej, cierpliwej żonki, a reszcie rodziny królewskiej zafundowała PR, jakiego pewnie nawet oni sami się nie spodziewali. Miejmy nadzieję, że i w roli matki poradzi sobie tak znakomicie.

wtorek, 2 kwietnia 2013

La Dolce Vita, złotko!

   Jestem wrednym, nieczułym, pozbawionym zasad i umiaru, zrzędliwym, bezczelnym, pretensjonalnym oraz zawistnym stworzeniem. Przypadkiem beznadziejnym - przyznaję to bez większego wstydu i raczej nieskalana udawaną skromnością. A piszę wyjątkowo w liczbie pojedynczej, bo wpis dzisiejszy będzie z gatunku tych bardzo subiektywnych, zawierających masę osobistych wywodów oraz dodanych bez porozumienia z resztą FESZYNEBYL.


   Przejdę od razu do rzeczy, bo nie mam nastroju na zawiłe wstępy i zabawę w poprawność etyczną, estetyczną, polityczną, językową, czy jaką tam jeszcze powinnam zachować. Kasia Tusk – mówi Wam to coś? Ha, mówi na pewno! Kochacie Kasię Tusk? Czasami mam wrażenie, że wszyscy kochają Kasię Tusk. Że wystarczy kochać Kasię Tusk, aby spłynęła na nas przedziwna łaska uświęcająca tego największego (?!) modowego guru Polski.

   Niestety. Osobiście nie kocham Kasi Tusk i z brakiem tej miłości również kryć się nie zamierzam. Nie spędzam godzin na makelifeeasier, a jeśli miałabym być zupełnie szczera, rzeczony blog odwiedzam bardzo, bardzo sporadycznie.

Make Life Easier

   Dlaczego nie darzę Pani ze zdjęcia powyżej szczególną sympatią, mimo że dziewczę to być może miłe i urocze - już wyjaśniam. Wielokrotnie słyszałam na jej temat same ochy i achy. Że zaradna, że studiuje, że pracowita. A przecież jako córka premiera mogłaby nie robić nic, tylko odcinać kupony od sławy swojego taty. Bardzo ładnie, naprawdę. Pozwolę sobie jednak zadać pytanie: co ona właściwie takiego robi? Przecież tysiące młodych Polaków studiuje i pracuje (ba!, zaharowuje się zarabiając na skromną stancję, jedzenie i podręczniki tylko) jednocześnie, a obywa się bez szału, nikt im owacji na stojąco nie funduje. Ach tak, byłabym zapomniała, prowadzi bloga. Lekko o modzie, gotowaniu i zakupach - czy jakoś tak... Na blogu zachwala kreatywny styl życia, nowe kolekcje najpopularniejszych marek, paraduje po mieście z kawą na wynos w jednej ręce i książką (zapewne dlatego, że skoro jest bardzo mądra, to i czytać musi dużo) w drugiej. 

   No ludzie, wybaczcie. Ja wiem doskonale, że najłatwiej jest krytykować, a robiąc to z pozycji anonimowej blogerki przychodzi mi to pewnie jeszcze łatwiej, ale w drugą stronę też nie przeginajmy. Życie to nie bajka - nie Plotkara ani Seks w wielkim mieście. Wtedy jedynym naszym zmartwieniem byłoby zapewne zwinięcie nam sprzed nosa pary ukochanych bucików od Manolo Blahnika. Nie można całe życie być idealnym, mieć perfekcyjnie wymodelowanej fryzury i roztaczać dookoła siebie kuszących woni perfum od Diora, czy innego Armaniego. Ideały też się nudzą (a i czasem nie ma nic przyjemniejszego niż leżenie do południa przed telewizorem, w dziurawym dresie i dumnym nieładzie na głowie - nawet, jeśli nie będzie z tego materiału na bloga). Nie lubię być zawsze wygłaskana i na pokaz. Więcej, niż nie lubię, nie potrafię tak.

Make Life Easier

   Wiem, wiem. Jest i druga strona medalu, zważywszy na którą Pani Kasi trzeba zwrócić honor. Mianowicie: prawdą jest, że dzieci dygnitarzy pod wieloma względami w życiu mają szalenie trudno. Jeśli chcą się realizować - zarzuca im się robienie kariery na sukcesie rodziców, jeśli nie mają takiego parcia na szkło - sugeruje im się brak ambicji. Interesuje nas życie dzieci słynnych osób, ale nie oszukujmy się, zazwyczaj kierują nami mało szlachetne pobudki. Lubimy ponarzekać, pokrytykować, pośmiać się. I z tego, między innymi, powodu, bardzo młodej Tuskównej współczuję. 

   Niemiłosiernie mnie za to denerwuje, i tu nie zamierzam być ani trochę pobłażliwa, śmieszność... Polaków. Większość społeczeństwa otwarcie krytykuje rząd Tuska, ale pochwalić córeczkę za znakomitą garderobę, to już nie ma problemu! Pokrzyczmy do kamer, że źle, nie ma pracy i na wyprawki szkolne dla pociech nie starczy, ale pochwalmy oryginalny sweterek kupiony w uroczym, paryskim butiku! Najmocniej przepraszam, serio, po prostu nie rozumiem tych wszystkich kontrastów. Nie rozumiem dlaczego jest tak, że jakaś tam, anonimowa kobieta, żadna piękność najpewniej, wstaje skoro świt do pracy, wraca późnym wieczorem, przynosi do domu wypłatę i ogląda stylizacje Pani Kasi, która swe piękne ciuszki kupiła „naprawdę za grosze” - równowartość miesięcznej pensji pani czytającej, na przykład. Wiadomo, jeśli na coś można sobie pozwolić, to dlaczego sobie tego odmawiać? Ludzie sukcesu nie mają powodów by cierpieć za życiową nieporadność szarego społeczeństwa, niesprawiedliwym jest jednak, że ze swojego iście bajkowego życia starają się zrobić gotowy produkt, wzorzec. Wkurza mnie, że w Polsce dzieje się ostatnio coraz gorzej, że nasze społeczeństwo jest zaniedbane, niedożywione, często bez podstawowej opieki zdrowotnej, a twórczynie makelifeeasier nie widzą żadnego problemu w fundowaniu nam codziennej dawki wolnego od stresów crème de la crème!

   Okropna jestem, wiem. Wiem i przepraszam, jednak nie lubię masowego tworzenia rzeczywistości słodkiego życia - bo nie jest ono dostępne dla wszystkich. Dlatego więc myślę, że chociaż wspomniany tu już kilkakrotnie, blog Panny Tusk i koleżanek rzeczywiście bywa lekki, zabawny i ciekawy - warto traktować go z przymrużeniem oka, nie zaś jako wyznacznik naszej, modowej i nie tylko, egzystencji.